Dziennik kalifornijski – kogo spotkałam na wzgórzach Hollywood i co przeżyłam w Universal Studios.

PODRÓŻE

Dziennik kalifornijski – kogo spotkałam na wzgórzach Hollywood i co przeżyłam w Universal Studios.

Wpadaj na drugą część Dziennika kalifornijskiego o moim solo wypadzie na drugi koniec świata. Dziś o tym, kogo spotkałam na wzgórzach Hollywood, co zaatakowało mnie w Universal Studios i czy dostałam list z Hogwartu.

Jeżeli jeszcze nie czytałeś, nie czytałaś pierwszej części dziennika, znajdziesz ją tu. Dziennik kalifornijski – część 1.

Puknij tu po sekret.
Pisałam o tym w pierwszej części, ale przypomnę i tu. Wyjątkowo przygotowałam cykl podróżniczych wpisów. 12 maja 2020 minęły dwa lata od podróży mojego życia, czyli prawie trzytygodniowej wizyty w Kalifornii. Wtedy nie miałam jeszcze bloga, ale wrzucałam regularnie krótkie wpisy na swój profil na Facebooku, żeby nie odpowiadać każdemu znajomemu z osobna jak żyję i co dziś fajnego robiłam.

Nazywam to Dziennikiem kalifornijskim. Chcę podzielić się z Tobą wspomnieniami z okazji rocznicy wyjazdu, bo szkoda, żeby kurzyły się na prywatnym profilu. Opisy do zdjęć to oryginalne, przeklejone z mojego profilu na Facebooku, posty.

Co jakiś czas dodaję od siebie bonus z „tu i teraz”, czyli kilka wskazówek i obserwacji na dany temat, które dopisałam tworząc ten wpis. Podczas wyjazdu ciężko było mi relacjonować wszystko, bo z hostelu wychodziłam rano, a wracałam do niego późnym wieczorem. Często zmęczona od spacerowania i wrażeń, miałam siłę, żeby napisać tylko kilka słów.

18 maja

Dziś czekałam 2h na zachód słońca, a jak się zaczął to zorientowałam się, że nie wzięłam zapasowej baterii do aparatu. Więc zdjęć nie ma, ale są wspomnienia i screeny w mojej głowie. No może instax trochę uratował sytuację. 😉

Na ostatnim zdjęciu torba prawie z biedronki. Znalazłam księgarnię, a w księgarni promocję – płyty z muzyką za 25 centów, książki i filmy dvd za 1 dolara… więc ekhm… sami rozumiecie.

19 maja

Okolice Griffith Observatory to jedno z moich ulubionych miejsc w Los Angeles (zaraz po Santa Monica). Wczoraj na wzgórzach spędziłam kilka godzin obserwując panoramę miasta i zachód słońca.

Po prawej stronie na wzgórzu kręcili film. To chyba większa produkcja, bo ekipa była baaaaardzo duża, a za mną stało chyba z 40 wozów technicznych.

Potem poznałam 3 zawodowych fotografów, z którymi spędziłam dużo czasu. Miałam okazję podpatrzeć jak robi się profesjonalną fotografię nocną. Moje zdjęcia takie nie są, ale…kiedyś będą! Tu właśnie wyszła moja techniczna nieznajomość aparatu 😉 Film kręcili do późna, pięknie oświetlając całe wzgórze z Hollywood Sign.

Bonus z tu i teraz: Poniżej zdjęcie, które zrobił mi Eric. Uważam, że jest czadowe i jestem mu mega wdzięczna. W wolnej chwili zajrzyj do niego na Instagram, robi cudowne zdjęcia!

20 maja

Wczoraj, chyba pierwszy raz w życiu tak mocno poczułam spełnione marzenie. A to wszystko w Universal Studios Hollywood. O tym marzeniu – czyli wizycie w Hogwarcie i Hogsmeade – będzie w kolejnym poście, bo to zasługuje na oddzielne opowiadanie 🙂

Wycieczkę po Universal zaczęłam od wizyty w Harrison Memorial Hospital z The Walking Dead. I prawie dostałam pierwszego zawału w tym dniu. Było ciemno, goniły mnie zombie, wyciągały ręce zza krat, wybiegały przez drzwi, był pożar, strzelający panowie, krew, wybuchy i w tym wszystkim ja.

Dlatego jako kolejną atrakcję wybrałam fabrykę Minionków i Gru, w której leciałam rakietą 😀

Potem nastąpiła 4 godzinna przerwa na Hogwart, po którym – gdy w końcu zmusiłam się do opuszczenia go – pływałam pontonem po Jurrasic Park! Piękne widoki, wielkie dinozaury i rośliny i zjazd tym właśnie pontonem z wielkiej góry – tu myślałam, że ginę. Ale i tak było super!

Obejrzałam też występ Animal Actors czyli zwierzaków – psy, koty, gołębie, świnki morskie – które grają w hollywoodzkich produkcjach 🙂 Po drodze oczywiście liczne sklepy i mniejsze atrakcje. Nie umiem opisać tego tak jak to przeżyłam, więc po prostu łapcie kilka zdjęć 🙂

PS mam też bardzo dużo filmów, ale wszystko skleję już po powrocie 🙂

21 maja

Wszystkie atrakcje, które odwiedziłam były ekstra, ale najważniejszym dla mnie miejscem był Hogwart i okolice. Na taką wizytę czekałam wiele, wiele lat (chyba od podstawówki) i poczułam się jakbym naprawdę dostała list ze szkoły magii i czarodziejstwa.

Wszyscy wiedzą, że jestem chorą fanką Pottera więc szybko obleciałam pozostałe atrakcje po to, aby kilka godzin spędzić w Hogwarcie. Pochodziłam po Hogsmeade, na wejściu powitał mnie piękny Hogwart Express, zajrzałam do Trzech Mioteł, wypiłam zimne Butterbeer, byłam u Olivandera pooglądać różdżki, w ulubionym sklepie Freda i Georga – sklepie Zonka – ze śmiesznymi słodyczami, w Sowiej Poczcie, oglądałam ubrania u Gladraga no i sami wiecie… wszędzie byłam, bo to Hogsmeade 😀

Zwiedziłam też zamek w środku, a na końcu czekała na mnie przejażdżka – całkiem ekstremalna – leciałam za Harrym na miotle, gonili mnie Dementorzy, ja goniłam Złoty Znicz, Bijąca Wierzba chciała mnie zabić, w Zakazanym Lesie pająki pluły na mnie jadem i takie tam 🙂

Podsumowując – wzruszyłam się milion razy.

I odkryłam moją nową pracę marzeń. Gdybym miała rzucić wszystko i wyjechać, to własnie tam – pracować w Hogsmeade, chodzić w hogwardzkiej todze z różdżką i śpiewać w szkolnym chórze z żabami.

No, to łapcie kilka zdjęć 🙂 Trochę Mugoli mi się wkradło w kadry, ale nie mogłam ich opanować.

PS1. Pozdrawiam z autobusu do San Francisco, u mnie 4:15 rano.
PS2. Legia mistrz!
PS3. Wczoraj widziałam szczura siedzącego na palmie oraz lecącego kolibra.

Następnego dnia pojechałam na kilka dni do San Francisco. Sporo zdjęć Golden Gate i o tym, w jakich warunkach przyszło mi robić te zdjęcia. See you in kolejny Dziennik kalifornijski! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *