San Francisco i ja, czyli jak trafiłam do więzienia?

PODRÓŻE

San Francisco i ja, czyli jak trafiłam do więzienia?

To były dziwne cztery dni. Niechcący trafiłam do najgorszej dzielnicy tego miasta, odwiedziłam więzienie, walczyłam z pogodą. Czy mimo wszystko, ciepło wspominam San Francisco?

To już trzecia, i ostatnia, część Dziennika kalifornijskiego o moim solo wypadzie na drugi koniec świata. Dziś o mojej krótkiej wizycie w San Francisco i ostatnich dniach w Los Angeles.

Jeżeli jeszcze nie czytałeś, nie czytałaś pierwszej i drugiej części dziennika, znajdziesz je tu. Dziennik kalifornijski – część 1. oraz Dziennik kalifornijski – kogo spotkałam na wzgórzach Hollywood i co przeżyłam w Universal Studios.

Puknij tu po sekret.
Pisałam o tym w pierwszej części, ale przypomnę i tu. Wyjątkowo przygotowałam cykl podróżniczych wpisów. 12 maja 2020 minęły dwa lata od podróży mojego życia, czyli prawie trzytygodniowej wizyty w Kalifornii. Wtedy nie miałam jeszcze bloga, ale wrzucałam regularnie krótkie wpisy na swój profil na Facebooku, żeby nie odpowiadać każdemu znajomemu z osobna jak żyję i co dziś fajnego robiłam.

Nazywam to Dziennikiem kalifornijskim. Chcę podzielić się z Tobą wspomnieniami z okazji rocznicy wyjazdu, bo szkoda, żeby kurzyły się na prywatnym profilu. Opisy do zdjęć to oryginalne, przeklejone z mojego profilu na Facebooku, posty.

Co jakiś czas dodaję od siebie bonus z „tu i teraz”, czyli kilka wskazówek i obserwacji na dany temat, które dopisałam tworząc ten wpis. Podczas wyjazdu ciężko było mi relacjonować wszystko, bo z hostelu wychodziłam rano, a wracałam do niego późnym wieczorem. Często zmęczona od spacerowania i wrażeń, miałam siłę, żeby napisać tylko kilka słów.

22 maja

To niesamowite jak te dwa miasta różnią się od siebie. San Francisco bardzo mi się podoba. I gdyby nie to, że Los Angeles ma jednak super pogodę i palmy, to chyba by wygrało ten pojedynek 🙂 Tu jest pięknie!

23 maja

A oto przed Państwem – Golden Gate Bridge i okolice. Na końcu załączam film w jakich warunkach powstawały te zdjęcia 

Oszczędzę Ci uszu i zamienię film na gif. W oryginale słychać tam jeden, wielki i bardzo głośny szum wiatru 😉

24 maja

To jak już jestem w temacie Golden Gate Bridge to dorzucam kilka zdjęć z wczoraj.

Bonus z tu i teraz: bardzo dużo spacerowałam po San Francisco i być może to jest powód tak krótkich wpisów, bo nie miałam na nie czasu. Z tego co widzę, uczepiłam się na Facebooku Golden Gate’a, a więcej relacji z tego miasta wrzucałam na InstaStories. Miasto bardzo mi się spodobało. Piękna architektura, słynne wzniesienia, Alcatraz, port… to mam głowie, gdy słyszę San Francisco. Pogoda była w kratkę, ale tak już podobno tam jest. Żeby nie było tak kolorowo, to w głowie mam jeszcze dwa wspomnienia – cholernie wysokie ceny i cholernie dużo bezdomnych na ulicach. Problem bezdomności w San Francisco jest ogromny i nie dotyczy tylko ludzi starszych czy osób z uzależnieniami. Po czasie odkryłam, że niechcący trafiłam późnym wieczorem na jedną z najgorszych dzielnic tego miasta – Tenderloin. To była ta jedna, z dwóch sytuacji podczas całego wyjazdu, w której usłyszałam w swojej głowie „hej Magda, nie powinno cię tu być”. Mówi się, że dzielnica kryje w sobie cało zło tego miasta, jest ponura, obskurna i „zamieszkiwana” tylko przez bezdomnych. I dokładnie to zostało mi w pamięci. Na szczęście szybko zawinęłam się z tego rejonu i dotarłam bezpiecznie do hostelu.

25 maja

Alcatraz – jedno z najsłynniejszych więzień na całym świecie, działające w latach 1934 – 1963. Swoją celę miał tu Al Capone czy Robert Stroud – słynny Birdman of Alcatraz (Ptasznik z Alcatraz). To co najbardziej rzuciło mi się w oczy to bardzo małe cele i wzburzone fale uderzające o wyspę, które jakby mówiły – „nigdy stąd nie uciekniesz”. Faktycznie, w całej historii więzienia, prób ucieczki było 14, jednak żadnemu z 36 odważnych nie udało się uciec. Więzienie robi wrażenie, no bo gdzieś tam przez całe życie słyszało się o strasznym Alcatraz i widziało się je w wielu filmach i serialach i… tak dziwnie tam być 🙂 Przy okazji spotkałam jednego z więźniów, który akurat tego dnia miał spotkanie autorskie.

27 maja – ostatnie dni w Los Angeles

Po 20km przejechanych na rowerze dotarłam do Malibu 🙂 Przepiękne miejsce. Palmy, lazurowa woda, surferzy, piękne domy i samochody. Jakoś w połowie trasy zorientowałam się, że karta z aparatu została w hostelu. Może i lepiej, bo chyba dojechałabym tu jutro, a tak przynajmniej nie zatrzymywałam się, żeby co chwilę robić zdjęcia 🙂

30 maja – Polska

Na wczorajsze imieniny sprezentowałam sobie powrót do domu. Moja solo podróż na koniec świata oficjalnie zakończona. Znacie to uczucie jak utniecie sobie popołudniową drzemkę i nagle się budzicie i nie wiecie jaki jest dzień i rok? To właśnie tak się teraz czuję. Powrót okazuje się dla mnie bardzo trudny i nie chodzi tu o jetlag 😉 Nie spodziewałam się, że aż tyle wrażeń, emocji, wspomnień i przemyśleń przywiozę ze sobą.

Jedyne o czym teraz myślę, to to, że bardzo chciałabym zostać tam dłużej. Przyzwyczaiłam się do pięknych widoków, oceanu, plaży, fantastycznych, otwartych i przyjaznych ludzi na ulicach, do tego, że każdy chce ci pomóc i zapyta jak się masz, do tej różnorodności, do jazdy na rowerze, spacerowania, wspinania się po wzgórzach, nawet do picia ich obrzydliwej coli. Do przeżywania codziennie tego wszystkiego, do obserwowania tego – tak bardzo innego – świata. Wszystko co jesteście w stanie sobie najdziwniejszego wyobrazić jest właśnie tam.

Zdaję sobie sprawę, że większość jest tylko iluzją i zachłyśnięciem się tym co zawsze widziałam w telewizji, bo to były moje wakacje, a rzeczywistość jest trochę inna. Na zdjęciach pokazywałam tylko to co ładne, ale ciężko było mi codziennie patrzeć z jak wielkim problemem bezdomności mierzy się Kalifornia. Dziesiątki ludzi, często w moim wieku, a nawet młodszych, śpiących na kartonach, mających cały dorobek życia w jednym wózku sklepowym. Od swoich problemów też się nie da uciec, nawet na koniec świata, więc finalnie życie tam byłoby pewnie tak czy siak trudne. Jak to kiedyś ładnie napisał Marco Kubiś: „Łatwo pomylić chęć podróżowania z chęcią ucieczki.”

Niemniej czuję niedosyt, chciałabym jeszcze dłużej i więcej.

Czy podróż w pojedynkę jest trudna? I tak i nie. Tak – bo wszystko jest na twojej głowie, cała organizacja przed wylotem, ale i najdrobniejsze rzeczy w trakcie wyjazdu. Każde zabłądzenie, zapomniana dodatkowa bateria do aparatu, niewydrukowany bilet, zapomnienie o tym czy tamtym to wynik jednego mózgu, a nie dwóch. Z drugiej strony to tylko drobiazgi, które na bieżąco naprawiałam.

Bardzo trudna była też dla mnie niemożliwość podzielenia się z kimś tym wszystkim co przeżywam. Jednak tu bardzo pomagaliście Wy i to jest moment w którym chciałabym podziękować WSZYSTKIM, którzy tak bardzo kibicowali mi podczas tej podróży. Dziesiątki wiadomości i komentarzy sprawiły, że czułam się jakbym była tu z Wami. Bardzo, bardzo Wam dziękuję!

Czemu podróżowanie solo nie jest trudne?

bo wszystko zależy od ciebie, to gdzie i kiedy pójdziesz, z kim się spotkasz, co zobaczysz, codzienne małe i duże wyzwania, adrenalina i świadomość, że jesteś zdana tylko na siebie. Dzięki temu najnormalniej w świecie spędziłam dużo czasu sama ze sobą, obserwowałam swoje zachowania w różnych sytuacjach i to jakie emocje we mnie wywołują. Fajna lekcja, bo odkryłam to i owo i wiem nad czym można jeszcze popracować.

Zastanawiałam się też co jest gorsze – nie wyjeżdżanie nigdzie czy powroty z tak pięknych miejsc? Po chwili oczywiście odpowiedziałam sobie, że najgorsze jest to pierwsze, ale chyba pomyślę o stworzeniu jakiejś coachingowej travel odnogi 😉 Wsparcie po powrocie z wakacji – brzmi spoko, ja potrzebuję 😉

Przed oczami mam ciągle pokaz slajdów – losowe, najróżniejsze momenty z wyjazdu. Na pewno minie trochę czasu, aż emocjonalny kurz opadnie, a ja wrócę do „normalnego” funkcjonowania. Jak na razie między moimi uszami obija się tylko jedno zdanie – „nie wierzę, że to już, że już wróciłam”.

No i właśnie najbardziej chyba cieszę się z tego, że wróciłam cała i zdrowa, że nic złego się nie wydarzyło, a ja najzwyczajniej dałam radę – nie tylko zrealizowałam marzenie, ale udowodniłam sobie, że potrafię. 16 dni, 10 tysięcy kilometrów od domu, 9 godzin różnicy czasu – teraz już chyba mogę wszystko 😉

Chaotyczny ten wpis – wiem – ale dla mnie jest właśnie północ, a też chciałabym opisać Wam wszystko, ale jest tego po prostu za dużo. W moim słowniku nie ma chyba nawet takich słów, żeby te przeżycia nazwać.

Po kilku ciężkich miesiącach dusza i ciało odpoczęły, a i postrzeganie niektórych spraw znacznie inne.

A Wy nie bójcie się realizować marzeń i pamiętajcie, że #LudzieSąDobrzy, a świat jest piękny.

Bonus z tu i teraz: I ja tu chyba nie mam nic do dodania 🙂 Trochę się wzruszyłam tym ostatnim wpisem, bo jest taki na świeżo po powrocie, prosto z serca. Jak się okazuje, emocjonalny kurz nie opadł do końca. Chyba nie ma dnia, żebym nie myślała o tej podróży i nie kombinowała, co zrobić, żeby jeszcze raz tam pojechać. Po powrocie długo nie usiedziałam w miejscu, bo już 30 czerwca 2018 spakowałam samochód, wyruszyłam w drogę i wyprowadziłam się na rok do Kijowa. Jednak o tym napiszę kiedy indziej… 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *